Obserwuj: Biuro Prasowe Sony Polska

„Fotograf w podróży” – Sony prezentuje pierwsze fragmenty książki Jacka Boneckiego

Komunikat prasowy   •   Mar 18, 2013 15:32 CET

„Fotograf w podróży" - pierwsza książka fotografa i operatora filmowego, ambasadora marki Sony,

„Fotograf w podróży” jest doskonałą propozycją dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z fotografią. W książce znajduje się wiele podstawowych i średniozaawansowanych porad dotyczących fotografowania w różnych okolicznościach przyrody, edycji cyfrowego obrazu czy wyposażenia, jakim powinien dysponować podróżujący fotograf. Przedpremierowe fragmenty, które Sony ma przyjemność zaprezentować, są napisane w charakterystycznym dla Boneckiego, żywiołowym stylu i dotyczą jednych z najpopularniejszych tematów – fotografii portretowej i zdjęć panoramicznych.

„Książka jest poradnikiem dla wszystkich, którzy traktują fotografię jako coś więcej niż tylko parę obowiązkowych zdjęć z wakacji. Chciałem zaprezentować swój punkt widzenia na fotografię, bazując na wieloletnim doświadczeniu zebranym w różnych miejscach na całym świecie. Mam nadzieję, że tekst ten będzie nie tylko ciekawą lekturą dla profesjonalistów, ale przede wszystkim interesującym przewodnikiem dla osób, które fotografują od niedawna” – komentuje Bonecki.

Jacek Bonecki to artysta, fotograf i popularyzator fotografii, a także operator filmowy, producent telewizyjny i dziennikarz. Podróżując po całym świecie wykorzystuje sprzęt Sony w najbardziej ekstremalnych warunkach. Wykonywał zdjęcia m.in. z balonu, samolotu, łodzi podwodnej, motocykla, dachu jadącego pociągu, czy wychylony z samochodu pędzącego z prędkością 130 km/h. Od 1997 roku dokumentuje fotograficznie i filmowo legendarny Rajd Dakar. Podczas tegorocznej edycji rajdu, Bonecki był koordynatorem ekipy reporterskiej Poland National Team.

Oficjalna premiera książki „Fotograf w podróży” będzie miała miejsce podczas targów Film Video Foto, które odbędą się w dniach 21-23 marca 2013 r. w Centrum Konferencyjno-Wystawienniczym MTŁ w Łodzi, przy al. Politechniki 4.

Fragmenty książki "Fotograf w podróży" Jacka Boneckiego

Fotografia portretowa



W środku lata, na polskim wybrzeżu w Wolinie od lat organizowany jest zlot dla wszystkich pasjonatów średniowiecza w jego awangardowym nordyckim wydaniu. Kiedy wikingowie wszystkich krajów świata najeżdżają Wolin, turyści najeżdżają wikingów, a na wszystkich wtedy spada potop. Niewykluczone, że z powodu mojego przyjazdu. W końcu wszędzie gdzie zamierzam zrobić zdjęcia zaraz nadciąga front atmosferyczny. Miałem piękne wizje zdjęć z połyskującą w słońcu zbroją. Tymczasem stoję na jednej nodze w tłumie gapiów, krawędź parasolki sąsiada kłuje mnie w oko, a z innej parasolki leje się strumyk prosto na moją głowę. Wszyscy czekamy aż wikingowie nadejdą i zaczną się okładać mieczami oraz toporami. Ze względów bezpieczeństwa jesteśmy mocno oddaleni od centrum wydarzeń, czyli od rozpędzonej dzidy i oderwanej siekiery od trzonka. Mam dwa aparaty. Jeden z długim obiektywem a drugi z bardzo długim obiektywem. Dlaczego tak? Bo każdy z nich ma inną plastykę. Jeden jest obiektywem lustrzanym, ciemnym i długim, a drugi super jasnym portretowym o średniej ogniskowej. Dzięki temu będę mieć zupełnie rożne zdjęcia.

W końcu przyszli. Ruszyły dwie armie na siebie. Poleciały drzazgi, zęby, deklaracje przyjaźni i łzy. Nikt się nie oszczędzał, naprawdę imponujące widowisko, zwłaszcza dla dzieci. Robię bardzo dużo zdjęć. Przekładam aparaty w rękach, co chwilę inny. Fotografuję w planach bliskich i szerokich. W końcu nie wytrzymuję kłucia parasolką w oko i ruszam przez barierki na plac boju. Po krótkiej pyskówce ze średniowiecznymi ochroniarzami, wzbudzam ich zaufanie, widocznie uznali mnie za wikinga ze względu na moją niewyparzoną gębę. Mieszam się z tłumem. Cieszę się, że w boju nie biorą udziału łucznicy. Fotografuję, krótkimi seriami w trybie zdjęć seryjnych. Czułość bardzo wysoka, bo potrzebuję bardzo krótkich czasów migawki. Autofokus ustawiony na śledzenie, a punkt ostrzenia na środek kadru. Ja decyduję, kto ma być ostry na zdjęciu a kto nie. W razie, czego pod palcem mam blokadę AF. Dzięki temu mogę zatrzymać ostrość i przekadrować zdjęcie, jeśli trzeba, bez jej zgubienia. Okropnie leje, co chwila wycieram przednią soczewkę papierową chusteczką, jest do tego najlepsza. Cierpię nie mniej od tych, co pogubili hełmy. Nadszedł koniec bitwy, żelazo przestało fruwać w powietrzu czas na pokój i śpiewy. To dobry, bo bezpieczny moment, aby skrócić dystans. Doskakuję z obiektywem portretowym do bliskich planów. Przesłona prawie pełna, mała głębia ostrości, dzięki dużej matrycy w aparacie wyśmienita plastyka zdjęcia. Wiedząc o tym kadruję specjalnie tak, by mieć dwa, trzy a nawet więcej planów. Do tego ten aerozol wodny w powietrzu i ponure światło. Klimat zaiste średniowieczny z dziedzińca ciemnogrodu. Technikę zdjęć mam pod kontrolą, teraz muszę tylko wykazać się umiejętnością chwytania właściwego momentu. Staram się widzieć i wyczuwać różne sceny: bólu, zmęczenia, triumfu, załamania, odrobiny humoru. W jednym miejscu, w jednym czasie robię skrajnie rożne zdjęcia. Jestem dumny z siebie, jak wiking po najechaniu wioski i podobnie mokry.

Zdjęcia panoramiczne



Piękny letni dzień, a co najgorsze jest weekend. Od samego rana, próbowałem zrozumieć, co ja robię w Warszawie i dlaczego los dla mnie jest taki okrutny. To efekt mojej zrujnowanej psychiki z powodu wychowania się nad morzem. Nie wyobrażam sobie by być latem gdzieś, gdzie nie ma morza. Problem istotnie jest poważny, choć mnie i moich znajomych z czasem zaczął bawić. Tym bardziej, że na pytanie: dlaczego więc nie mieszkasz nad morzem? Odpowiadam: mieszkam. To, co robisz w Warszawie? Nie wiem.

Aby dalej nie myśleć o tym wyjechaliśmy nad warszawskie morze - zalew zegrzyński. Po ponad dwóch godzinach i przejechaniu 25 kilometrów rozkoszowałem się widokiem butelek, puszek po piwie, pudełek po robakach. Wsłuchiwałem się w jazgot tłuszczy i ryk motorówek. Odurzałem się smrodem grilowanej kiełbasy. Na szczęście nie znalazłem dla siebie miejsca nad brzegiem, zajętego wcześniej przez sprytniejszą cześć społeczeństwa. Poszliśmy, więc do nowobogackiego dworku na lody. W środku drogo, więc pusto. Miło spędzaliśmy czas w ogródku pod parasolem. Po jakimś czasie Bóg wysłuchał mych wrednych modlitw i zesłał burzę. Nad Zegrzem znów zrobiło się pusto. Nie marnując czasu ruszyłem z aparatem zarejestrować po weekendowe zgliszcza. Chmury były piękne, lało okropnie. Poczułem się jak Bonecki na wakacjach. Ale co miałem fotografować? Do wyboru miałem: zaśmiecony brzeg, pomost i chmury. Wybrałem dwa ostatnie tematy, tym bardziej, że nie bardzo chciałem stać w czasie burzy pod drzewami. Ale pomost ani piękny, ani fotogeniczny. W kadrze zajmował albo zbyt wiele miejsca, zwłaszcza wtedy, kiedy celowałem obiektywem w dół. Musiałem tak robić, bo woda zalewała mi obiektyw, a po drugie chciałem pokazać bombardowaną prze krople deszczu tafle jeziora. Co robić? Zapytałby Lenin. Ja również zadałem sobie to pytanie i w przeciwieństwie do wodza rewolucji uczyniłem słusznie. Skoro kadr jest za mały by pomieścić pomost oraz bezmiar jeziora to trzeba ten kadr poszerzyć. Tryb panoramy w moim aparacie mi to umożliwił. Wykonałem panoramę, tak by pomost był na pierwszym planie, centralnie, aby pionowa oś symetrii przechodziła przez jego środek. Ekspozycję ustawiłem na jasne partie obrazu, tak by zdjęcie było w ciemnym walorze. Następnie w post produkcji podniosłem kontrast i przyciemniłem jeszcze bardziej zdjęcie. W efekcie powstał, ponury obraz o dużej głębi. I zamiast puenty mała refleksja. Jak widać, nawet nad Zegrzem można zrobić ciekawe zdjęcie krajobrazowe. Mimo, iż jest to miejsce średnio fotogeniczne. Nie z winy geografii tylko człowieka jako gospodarza tego miejsca.